Mit idealnego terapeuty. Dlaczego autentyczność ma znaczenie?

Wczorajsza sesja terapeutyczna skłoniła mnie do myślenia o samym zawodzie terapeuty i o tym, jak bardzo przez lata był on obudowany pewnym społecznym wyobrażeniem. Terapeuta miał być osobą całkowicie poukładaną, spokojną, zawsze profesjonalną, niemal pozbawioną własnego życia. Kimś, kto siedzi w idealnie cichym gabinecie, nigdy się nie rozprasza, nie ma problemów, nie mówi o sobie i pozostaje emocjonalnie „przezroczysty”.

Myślę, że ten obraz bardzo mocno wyrasta jeszcze z klasycznej psychoanalizy i freudowskiego rozumienia terapeuty jako neutralnego obserwatora — „białego ekranu”, na który pacjent może rzutować swoje emocje, doświadczenia i relacje. W tym modelu terapeuta miał być niemal niewidoczny jako człowiek. Profesjonalny do granic. Zdystansowany. Jakby stał trochę obok życia, a nie w jego środku.

Mam poczucie, że wielu z nas, świadomie lub nie, próbowało taki obraz utrzymać. Sama długo próbowałam zatrzymywać życie domowe na czas pracy: cisza, brak zakłóceń, pełna kontrola nad otoczeniem, wszystko podporządkowane temu, żeby było jak najbardziej profesjonalnie. Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, jak bardzo jest to męczące i jak dużo napięcia generuje. Jak bardzo wymaga od terapeuty odcięcia się od własnej zwyczajności.

Pandemia i przejście na terapię online bardzo zmieniły tę perspektywę( ja zawsze chciałam pracować ONLINE) Nagle terapeuci przestali funkcjonować wyłącznie w sterylnych gabinetach. Zobaczyliśmy ludzi pracujących z domu, z codziennością w tle. Kota przebiegającego po biurku, dziecko płaczące za drzwiami, partnera przechodzącego korytarzem, kuriera dzwoniącego do drzwi albo sąsiada wiercącego w ścianie w połowie sesji. I mam wrażenie, że dla wielu osób to było pierwsze doświadczenie zobaczenia terapeuty nie jako funkcji czy autorytetu, ale po prostu człowieka.

Co ciekawe, moje doświadczenie pokazuje, że to wcale nie odbiera profesjonalizmu. Klient nie czuje się mniej zaopiekowany dlatego, że terapeuta na chwilę się rozproszył albo musi powiedzieć: „Przepraszam, ten hałas mnie wybił, czy mogłaby pani powtórzyć?”. Wręcz przeciwnie — czasem właśnie takie momenty wprowadzają do relacji więcej autentyczności i normalności. Pokazują, że profesjonalizm nie polega na udawaniu człowieka bez życia, emocji i ograniczeń, ale na obecności, zaangażowaniu i umiejętności bycia w kontakcie mimo tych wszystkich ludzkich elementów.

W terapii ogromne znaczenie ma relacja, poczucie bezpieczeństwa i autentyczny kontakt. Klient nie potrzebuje terapeuty idealnego. Potrzebuje terapeuty, przy którym może poczuć się swobodnie, zauważonym i potraktowanym po ludzku. Paradoksalnie to właśnie momenty zwyczajności często budują zaufanie mocniej niż perfekcyjnie wykreowany profesjonalny obraz. Bo trudno budować prawdziwą relację z kimś, kto sprawia wrażenie całkowicie odciętego od realnego życia.

Myślę też, że sama długo wierzyłam, że bycie dobrą terapeutką oznacza konieczność ciągłego pilnowania siebie i swojego otoczenia. Że wszystko musi być dopięte, ciche, przewidywalne i „idealne”, żeby klient mógł poczuć się naprawdę zaopiekowany. Dzisiaj mam w sobie coraz więcej zgody na to, że terapia dzieje się w prawdziwym życiu, a nie w sterylnie odizolowanej rzeczywistości. Że mogę na chwilę przeprosić, kiedy siostrzenica niespodziewanie wbiegnie do pokoju, kiedy sąsiad zacznie kosić trawę albo kiedy pies chrapie pod drzwiami, czy próbuje dostać się do środka.

I jednocześnie przecież podobne rzeczy od zawsze dzieją się również w gabinetach stacjonarnych. Czasem w poczekalni słychać gwar rozmów, czasem przejeżdża tramwaj, ktoś zatrąbi na ulicy albo za ścianą ktoś przesunie krzesło. Nigdy nie pracujemy w całkowicie wyciszonej próżni, choć przez lata próbowaliśmy tworzyć takie wyobrażenie terapii — jakby prawdziwa relacja mogła wydarzać się wyłącznie w perfekcyjnie kontrolowanych warunkach.

Coraz częściej myślę, że to nie brak zakłóceń buduje poczucie bezpieczeństwa, ale sposób, w jaki jesteśmy ze sobą w kontakcie mimo ich obecności. To, czy klient czuje, że jest słyszany, ważny i że naprawdę jesteśmy przy nim. Paradoksalnie czasem właśnie te małe, ludzkie momenty przypominają, że po obu stronach siedzą żywi ludzie, a nie role do odegrania.

I chyba właśnie to najmocniej zmieniło się po pandemii — nie tylko forma pracy, ale też nasze wyobrażenie o tym, kim terapeuta może być. Nie idealnym, zdystansowanym ekspertem ponad życiem, ale człowiekiem, który sam również żyje w świecie pełnym hałasu, relacji, zmęczenia i codzienności. Człowiekiem, który nie musi ukrywać swojej zwyczajności, żeby pozostać profesjonalnym.

Znajdź mnie