Są utwory, które nie grają refrenu – grają rytm zmiany. Ta piosenka robi to bez wielkich deklaracji. Zaczyna obrazem wstecznego lusterka, gdzie „bliskość” jest złudzeniem, a w prawdzie „światy są daleko”. To jest ten moment po utracie: nikt już nie czeka na wiadomość „właśnie wylądowałam”, nikt nie odbierze telefonu „startuję”. Zostaje cisza. I metrum. Prawa. Lewa. Baby steps.
Słucham jej i czuję TSR. Nie to od wielkich wniosków, tylko to od mikroruchów, które robią miejsce na pół oddechu więcej. „Będę własnymi bezpiecznymi dłońmi” – ta fraza trafia we mnie jak kompas. Dotąd podpinałam się do cudzego gniazdka, ktoś „doładowywał”, kiedy spadałam do dziesięciu procent. Teraz uczę się obsługiwać własne napięcia jak domowe światło: zapalam, gaszę, sprawdzam, czy to ja „trzymam instalację”. I nagle rzeczy bardzo małe stają się rzeczami decydującymi: wracam w piątek późno i to ja gaszę lampy. Na półce stoją róże – nie „za zasługi”, tylko żeby ten dom (czytaj: ja) uczył się lubić siebie bez warunków wstępnych.
Najbardziej TSRowe jest w tej piosence to, że nie wstydzi się małości kroku. Refren nie krzyczy „nowe życie”, raczej mruczy: ba-ba-ba-baby steps. Jak kołysanie, które reguluje po burzy. I to zdanie, które jest prawie modlitwą: „jeśli upadnę do przodu – to też mam”. Nie „będę wielka”, nie „od jutra perfekcja”. Wystarczy, że kierunek pozostaje wierny. Nawet jeśli to tylko centymetr.
Kiedy noszę tę piosenkę w kieszeni, pytania same układają się w TSRowy dialog ze sobą: nie „dlaczego wciąż boli?”, tylko „po czym poznasz, że idziesz?”. Czasem po niczym efektownym. Po dziesięciu minutach pisania, które przerywają tydzień milczenia. Po kubku wody przed kawą. Po jednym „nie” tam, gdzie przez lata mówiłam „jasne”. Po tym, że rano ścielę łóżko – nie dlatego, że tak robią „ogarnięci”, tylko dlatego, że dzięki temu jestem o włos bardziej „u siebie”.
Ta muzyka otwiera też we mnie czułość do domu, który długo bywał tylko noclegownią ambicji. „Ten dom pokocha się sam” – słyszę i myślę o gestach, które nie wyglądają na terapię, a nią są: świeża pościel, pusta powierzchnia biurka, kwiaty kupione dziś, nie „kiedy zasłużę”. To są moje małe kroki – nie content do pokazania, tylko mikro-sygnały, że wracam do zamieszkiwania swojego życia, a nie tylko do „ogarniania”.
Lubię też, jak ta piosenka oswaja samotność. Nie taką heroiczną, tylko codzienną: już nikt „nie podłącza”, kiedy opadam. I dobrze. Bo właśnie w tej chwili zaczyna się inny rodzaj odpowiedzialności – nie cięższy, tylko bliższy. Zamiast „kto mnie uratuje?” wraca ciszej: „co zrobią dziś moje bezpieczne dłonie?”. To może być telefon do kogoś, przy kim mój oddech jest dłuższy. Może być zupa, którą gotuję „dla nas”, choć „nas” to ja. Może być spacer bez celu. Prawa. Lewa. Tyle.
TSR nie potrzebuje dekoracji. Potrzebuje uważności na tempo, które ciało naprawdę uniesie. Dlatego ta piosenka jest mi tak bliska: pozwala uprawomocnić ruch, który wygląda na śmiesznie skromny, a jednak składa się na trajektorię. W jej metrum łatwiej mi wybierać słowa, które otwierają, nie zamykają: „teraz” zamiast „zawsze”, „bywa” zamiast „jestem”, „po czym poznasz?” zamiast „dlaczego?”. A gdy miewam dzień bez melodii, wracam do refrenu. Baby steps. To znaczy: dzisiaj nie muszę wszystkiego. Wystarczy, że zrobię to, co mnie przynosi o pół punktu bliżej.
Może właśnie dlatego słucham jej jak sesji: nie dla puenty, tylko dla powrotu do rytmu. Prawo, lewo. Jedna lampka zgaszona własną ręką. Jedna wiadomość, której nie wysyłam, bo mogę pobyć przy sobie. Jedna róża na półce, która nie pyta o zasługi. To nie jest koniec – jak mówi piosenka – to stawanie się. I ja w tym stawaniu, trochę nieśmiała, ale obecna, z własnymi dłońmi, które – coraz częściej – okazują się wystarczająco bezpieczne.
Zostawiam tekst…
You’re closer than you are
In truth, we’re worlds apart
I’m used to being near you
When I’m down to ten percent
And you’d plug me straight back in
Now there’s no one to text when the plane lands
Or to call when it’s taking off
Right, left, baby steps
I’ll be my own pair of safe hands
It’s not the end, it’s the making of
Right, left, for now
Ba-ba-ba-baby steps, oh
Ba-ba-ba-baby steps
Ba-ba-ba-baby steps
If I’m out on Friday night, it’ll be me turnin’ off them lights
When I come home
But I’ll manage (I’ll manage, I’ll manage)
There’ll be roses on the shelf
’Cause this house gon’ love itself
Yeah, this house gon’ love itself
Ba-ba-ba-baby steps (I know I’m takin’ my)
Ba-ba-ba-baby steps (ain’t no reason why)
Ba-ba-ba-baby steps
I won’t fall back (mm)
If I fall forwards (mm)
Least I have that (mm)
At least I have that
Ba-ba-ba-baby steps, (ain’t no, ain’t no reason why) mm
Ba-ba-ba-baby steps, (no reason why) mm
Ba-ba-ba-baby steps
Ba-ba-ba-baby steps (ba-ba-ba-baby steps)
Ba-ba-ba-baby steps (ba-ba-ba-baby)
Ba-ba-ba-baby steps