Co jeśli życie nie jest projektem z korpo?(o sensie życia w kulturze zapie**olu)

Czasem mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których życie stało się projektem do ogarnięcia. Trzeba mieć swoją poranną rutynę, wieczorną rutynę, rutynę na zdrowie psychiczne, razy trzy na produktywność.

!!!Do tego plan rozwoju zawodowego, plan pracy nad sobą, plan pracy nad relacjami i oczywiście plan na to, jak „w końcu odnaleźć sens”.

Kultura zapie***olu jest sprytna. Nie mówi wprost: „nie masz prawa zwolnić”. Mówi: „rozwijaj się!!!”, „wykorzystaj swój potencjał”, „nie marnuj życia”. Podrzuca obrazy ludzi, którzy wstają o piątej, medytują, biegają, czytają dwie książki tygodniowo, mają głębokie rozmowy i jeszcze jakoś mieszczą w tym wszystkim terapię, jogę i dom pełen roślin. W tle płynie cichy komunikat: „jeśli nie żyjesz tak intensywnie, tak świadomie, tak spełnione, to znaczy, że coś robisz nie tak”.

W gabinecie to napięcie często czuć zanim jeszcze padną słowa. Ktoś siada naprzeciwko i mówi, że „niby wszystko jest okej”. Jest praca, w której da się wyrobić, są relacje, które nie są może idealne, ale przecież nie tragiczne, są weekendowe wyjazdy, dobre jedzenie, podcasty o rozwoju. A jednocześnie jest w środku miejsce, które mówi: „ja w tym wszystkim gdzieś znikam”. Czasem to zdanie w ogóle nie pada. Zamiast niego pojawia się zmęczenie, jakieś „to wszystko nie ma sensu”, które wstydliwie chowa się między obowiązkami.

Kiedy oddzieli się na chwilę to, co świat nazywa sukcesem, od tego, jak ciało reaguje pod koniec dnia, zostaje proste pytanie: czy ja naprawdę chcę tak żyć, czy tylko boję się, co się stanie, jeśli przestanę? Kultura zapie***olu nie lubi tego pytania. Woli inne: jak mogę lepiej zarządzać swoim czasem, jak zoptymalizować energię, jak przestać prokrastynować. Woli, żebyś szukała technik, a nie sensu.

We mnie, poza tą częścią, która rozumie, dlaczego tak łatwo jest w to wszystko wpaść, jest też część mocno TSR-owa. Ona za każdym razem, gdy słyszy: „nie wiem, po co ja to wszystko robię”, zamiast wygłaszać egzystencjalny wykład, pyta: co sprawia, że mimo wszystko wstajesz rano? Nie w teorii, tylko dziś. Co, albo kto, zatrzymał Cię na tyle blisko tego świata, że w ogóle tu siedzisz i zadajesz sobie takie pytania?

To nie są odpowiedzi z motywacyjnych książek. Czasem to jest jedno dziecko, które chce, żebyś była. Czasem pies, który potrzebuje spaceru. Czasem przyjaciel, który raz w tygodniu napisze „żyjesz?” i czeka na odpowiedź. Czasem ulubiony kubek i kawa o tej samej porze. Czasem myśl: „jeszcze chcę zobaczyć, co będzie dalej, choć nie wiem, co”. To są małe rzeczy. Z perspektywy kultury zapie***olu – za małe, żeby się liczyły. Ale z perspektywy sensu bardzo często są fundamentem, na którym da się jeszcze coś zbudować.

Myślę sobie, że jednym z większych okrucieństw tej kultury jest to, że każe nam wierzyć, że sens musi być spektakularny. Że trzeba „odkryć powołanie”, „znać swoją misję” i umieć o niej opowiadać tak, żeby dobrze brzmiała na LinkedInie. A przecież większość sensownych żyć składa się z bardzo nieefektownych scen: ktoś komuś zrobił herbatę, choć sam był zmęczony; ktoś wrócił po ciężkim dniu i jednak zadzwonił do przyjaciela zamiast się odciąć; ktoś poszedł na terapię nie po to, żeby być „lepszą wersją siebie”, tylko żeby w ogóle wytrzymać bycie sobą.

TSR bardzo mnie uczy takiego „przyziemnego” patrzenia na sens. Zamiast pytać „po co żyję?”, pytać: po czym dziś poznam, że choć przez chwilę byłam bardziej człowiekiem niż zadaniem do wykonania? Jak wyglądałby dzień, po którym wieczorem mogłabym powiedzieć: nie wiem, jaki jest sens całego życia, ale ten jeden dzień miał znaczenie? I nie chodzi o wielkie rzeczy. Czasem o to, że pozwoliłaś sobie usiąść na kanapie, zanim skończyłaś „wszystko”. Czasem o to, że powiedziałaś komuś „nie dam rady”, zamiast udawać, że dasz. Czasem o to, że zrobiłaś coś tylko dlatego, że to lubisz, a nie dlatego, że z tego coś będzie.

Kultura zapie***olu natychmiast próbuje to skontrować: „to za mało”. „To nie jest prawdziwa zmiana”. „Nie przesadzaj, inni naprawdę mają ciężko”. Znam ten głos. Wiem, że potrafi tak długo podważać każdy cień sensu, aż znowu zostanie tylko: „muszę bardziej się postarać”. TSR nie ma ambicji, żeby go uciszać raz na zawsze. Raczej stawia obok niego inny głos, który może być na początku bardzo cichy: głos, który zauważa, że w tej samej osobie, która jest zmęczona, jest też ktoś, kto się w ogóle zatrzymał, żeby usłyszeć w sobie to „nie chcę tak żyć do końca”.

W podejściu skoncentrowanym na rozwiązaniach bardzo lubię jeszcze jedno pytanie: na ile Twoje życie ma dziś sens, w skali od zera do dziesięciu? Jeśli słyszę „trzy”, nie pytam tylko o to, dlaczego nie siedem. Pytam też: co sprawia, że to trzy, a nie zero? Co już jest, choć może traktujesz to jak oczywistość? To nie unieważnia bólu ani poczucia bezsensu. To tylko rozsuwa zasłony na tyle, żeby zobaczyć, że w tej samej historii, w której jesteś bardzo zmęczona, istnieją też jakieś powody, dla których jeszcze tu jesteś.

Może sens nie zaczyna się tam, gdzie mamy wszystko poukładane, zrozumiane, nazwane i zamknięte w pięknej narracji. Może zaczyna się tam, gdzie po raz pierwszy mówimy prawdę: „nie wiem, po co tyle pracuję”, „nie wiem, czy chcę tak dalej”, „nie wiem, jak żyć inaczej, ale nie chcę już udawać, że to mi służy”. To jest moment, w którym kultura zapie***olu chętnie przykleiłaby Ci łatkę: słaba, roszczeniowa, niewdzięczna. Tymczasem ja mam ochotę powiedzieć: to jest moment odwagi.

Nie mam gotowej odpowiedzi na pytanie, po co żyjesz. Nie znam też jednego uniwersalnego przepisu na sens. Mogę tylko zaproponować Ci jedno ciche pytanie, które sama lubię sobie zadawać, kiedy zaczynam się łapać na tym, że moje życie znów próbuje zamienić się w projekt do ogarnięcia:

„Gdyby jutrzejszy dzień miał być o milimetr mniej podporządkowany temu, co „musisz”, a o milimetr bardziej zgodny z tym, co dla Ciebie ważne – co mogłoby się w nim zmienić”?

Nie musisz wiedzieć tego od razu. Możesz pozwolić temu pytaniu po prostu w Tobie być. Resztę będziemy – jeśli zechcesz – szukać powoli.

Znajdź mnie