Święta – czas kłótni?

Zbliża się ten okres w roku, o którym reklamy mówią: „magia świąt, rodzinna atmosfera, bliskość”. W tym samym czasie w gabinecie bardzo często słyszę zupełnie inne zdania:

„U nas w święta wszyscy chodzą poirytowani.”
„Co roku kończy się kłótnią o byle co.”
„Wracam po Wigilii bardziej zmęczona niż po całym kwartale w pracy.”

Jeśli tak masz, to nie jest diagnoza Twojego charakteru ani dowód na to, że jesteś „niewdzięczna” czy „nie rodzinna”. To jest raczej informacja o tym, jak działa Twój system rodzinny, kiedy nagle wszyscy znajdą się przy jednym stole.

Myślenie systemowe i TSR uczą mnie, żeby nie patrzeć na rodzinę jak na zbiór oddzielnych osób, tylko jak na układ powiązań – każdy wpływa na każdego, a to, co robi jedna osoba, ma „zwrotny” efekt na pozostałych. Taki system:

  • dąży do równowagi, nawet jeśli jest to równowaga oparta na napięciu, krytyce czy milczeniu,

  • lubi to, co znane: stare role („ta, która ogarnia”, „ta, która nie robi problemu”, „ten, który żartuje, gdy jest trudno”), utrwalone sposoby reagowania.

Święta są dla takiego systemu bardzo silnym bodźcem: wszyscy są razem, w jednym miejscu, w krótkim czasie, z dużą ilością oczekiwań („ma być miło”, „nie psuj atmosfery”, „tak zawsze było”). W takiej konfiguracji kłótnia przy stole przestaje być „nagłym wybuchem czyjegoś charakteru”, a staje się przewidywalnym skutkiem wielu drobnych napięć, niewypowiedzianych emocji i lojalności, które działają jednocześnie.

Takie systemowe patrzenie dodaje jeszcze jedną, niewygodną, ale ważną perspektywę: to, co na poziomie jednostki jest destrukcyjne (wybuchy złości, picie, wycofanie, „chorowanie”), może pełnić funkcję stabilizującą na poziomie całej rodziny. Objaw nie pojawia się w próżni – często organizuje wokół siebie zachowania innych.

Ktoś jest „nadwrażliwy”, więc wszyscy uczą się chodzić na palcach.
Ktoś ma swoje „fochy”, więc uwaga przesuwa się z trudnych tematów na to, jak go udobruchać.
Ktoś „nie wytrzymuje” napięcia i przeżywa za wszystkich, dzięki czemu reszta może pozostać w swojej roli.

Nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać czyjeś zachowania czy idealizować objawy, tylko o to, żeby zobaczyć, że system rodzinny nieświadomie wykorzystuje je do utrzymania jakiejś formy równowagi. Święta działają tu jak lupa – wszystko, co na co dzień jest przyciszone, nagle robi się bardzo głośne.

Na poziomie doświadczenia może wyglądać to tak: na co dzień funkcjonujesz jak dorosła osoba, masz swoją pracę, relacje, własne wybory. Wystarczy jednak, że przekroczysz próg rodzinnego domu i coś się w środku przesuwa. Wracają znane komentarze, pytania, aluzje. Zanim cokolwiek powiesz, czujesz ścisk w żołądku, napięcie w barkach, znajome „teraz trzeba wytrzymać”.

W tym momencie nie jesteś już tylko sobą „tu i teraz” – jesteś też sobą z wcześniejszych lat, która uczyła się, jak przetrwać przy tym stole. Uczyła się, kiedy lepiej nic nie mówić, kiedy udawać, że nie widzi, że ktoś przekracza granice, kiedy być „miłą”, żeby nie było gorzej. Święta uruchamiają tę pamięć ciała szybciej, niż zdążysz cokolwiek „pomyśleć na spokojnie”.

Ciało często wcześniej niż głowa wie, że zbliża się trudny czas. Kilka tygodni przed wyjazdem do domu możesz mieć problem ze snem, czuć trudne do wyjaśnienia rozdrażnienie, bóle brzucha, napięcia, migreny. Układ nerwowy dostaje sygnał: „zbliża się sytuacja kojarząca się z oceną, krytyką, napięciem, udawaniem”. Włącza znane z traumatycznych i stresowych doświadczeń tryby: walki, ucieczki lub zastygania.

  • Walka – odpowiadasz ostro, wchodzisz w spory, po wszystkim masz pretensje do siebie, że „znowu się nakręciłaś”.

  • Ucieczka – zaszywasz się w kuchni, w pomaganiu wszystkim, w telefonie, w serialach.

  • Zastyganie – siedzisz przy stole, uśmiechasz się, przytakujesz, a jednocześnie masz wrażenie, że jesteś gdzieś obok siebie.

Dla mnie patrzenie przez pryzmat TSR oznacza tu tyle: to nie jest kwestia „dobrej woli” czy „siły charakteru”, tylko wyuczone strategie przetrwania, które kiedyś naprawdę były najlepszym, co miałaś do dyspozycji.

W takim kontekście bardzo łatwo wziąć winę na siebie: „to ja jestem przewrażliwiona”, „to ja nie umiem się cieszyć”, „to ja psuję atmosferę, bo za dużo analizuję”.

Z doświadczenia i z TSR wiem jednak, że często widać coś odwrotnego: osobę, która przez lata brała na siebie odpowiedzialność za cudze emocje, wchodziła w rolę „tej, która ogarnia”, „tej, która łagodzi”, „tej, która nie robi problemu”, i która próbuje jakoś utrzymać trudny system w całości. Święta w takim domu nie są „kilkoma dniami wolnego”. Są miejscem, gdzie kondensuje się to, co na co dzień rozkłada się na tygodnie i miesiące.

TSR uczy mnie, żeby w takiej sytuacji patrzeć inaczej niż: „poszukajmy winnych” albo „przeanalizujmy szczegółowo wszystkie świąteczne kłótnie sprzed dziesięciu lat”. Bardziej pomocne staje się pytanie o to, co w tym konkretnym systemie działa choć trochę lepiej – i jak można to powiększyć.

Zamiast: „dlaczego znowu się pokłóciliśmy?”, pytanie brzmi raczej:
„kiedy w poprzednich latach było choć odrobinę spokojniej niż zwykle? Co wtedy było inaczej?”

Może w jednym roku pojawił się wspólny spacer.
Może ktoś ograniczył alkohol.
Może wyjechaliście dzień wcześniej.
Może udało się nie wchodzić w jeden z „tradycyjnych” tematów.

Takie wyjątki od problemu pokazują, że system potrafi zachować się inaczej niż zwykle, choćby przez chwilę. TSR podsuwa mi myśl, że właśnie na takich momentach warto budować.

To podejście zachęca też do myślenia o małej, realnej zmianie po Twojej stronie – takiej, którą jesteś w stanie wprowadzić i która nie wymaga zgody całej rodziny, a jednocześnie jest na tyle widoczna, że system musi jakoś na nią zareagować.

Może to być decyzja, że nie odpowiadasz na komentarze o wyglądzie czy życiowych wyborach, tylko zmieniasz temat albo wychodzisz po wodę.
Może to być umówienie się z jedną zaufaną osobą, że jeśli napięcie przy stole rośnie, wychodzicie na pięciominutowy spacer.
Może to być świadome skrócenie pobytu o jeden dzień.

To nie są wielkie rewolucje, ale rodzina – jako układ powiązań – reaguje również na drobne korekty. Kiedy Ty robisz coś inaczej, inni, chcąc nie chcąc, muszą się do tego choć trochę dostosować. TSR zadaje w takich momentach pytania w stylu: kto pierwszy zauważy tę zmianę? Po czym pozna? Co ta zmiana zrobi z Waszą relacją?

Dzięki temu z ogólnego „muszę to jakoś przetrwać” pojawiają się konkretne, małe kroki, które są realne: jedna rozmowa mniej/więcej, jeden spacer więcej, jeden temat odpuszczony, jedna granica zaznaczona, jeden uśmiech więcej. 

W tle tego wszystkiego jest jeszcze kwestia rezyliencji – zdolności do radzenia sobie z trudnościami i wracania do względnej równowagi po kryzysie. Badania i praktyka uczą mnie, że rezyliencja rodzinna nie polega na tym, że „nic się nie dzieje”, tylko na tym, że system umie nadawać znaczenie trudnym doświadczeniom („to był dla nas trudny czas, ale pomogło nam to, że…”) oraz sięgać do zasobów, które już ma.

Przed świętami możesz zadać sobie kilka spokojnych pytań:

  • kto w moim życiu (niekoniecznie w tej rodzinie) był dla mnie realnym wsparciem w trudnych momentach?

  • co konkretnie wtedy robił lub mówił, co mi pomagało?

  • jakie moje własne cechy i umiejętności pozwoliły mi przejść przez wcześniejsze kryzysy?

To nie jest naiwne „myśl pozytywnie”, tylko świadome przypominanie sobie, że oprócz trudnej historii masz też kawałki, które Cię niosą.

Na koniec możesz zapytać samą siebie:

„Po czym poznam po tych świętach, że choć minimalnie bardziej stanęłam po swojej stronie niż w zeszłym roku?”

Może będzie to jeden raz, kiedy wyjdziesz na chwilę od stołu.
Może jeden raz, kiedy nie wejdziesz w rolę „tej, która musi wszystko ratować”.
Może jedno „nie”, wypowiedziane spokojnie.

TSR podpowiada mi, żeby myśleć o tym tak: nie naprawisz całej rodziny ani świąt jednym ruchem. Możesz natomiast krok po kroku odzyskiwać wpływ na to, jak Ty jesteś w tym systemie – z większą łagodnością dla siebie, swojego ciała i swojej historii.

Jeśli czujesz, że sama nie chcesz już tego dźwigać, terapia może być miejscem, w którym spokojnie, bez oceny, przyjrzysz się temu wszystkiemu z kimś, kto nie jest uwikłany w rodzinny scenariusz. Czasem to wystarczy, żeby kolejny rozdział tej historii zaczął się trochę inaczej.

Znajdź mnie