Dlaczego tak boli, kiedy innym się udaje? (o zazdrości, zawiści i wstydzie)

Jest taki moment: siedzisz wieczorem ze swoim życiem, które wcale nie jest najgorsze, ale też nie takie, o jakim marzyłaś, i od niechcenia otwierasz telefon.

Ktoś właśnie odpala własny gabinet.
-Ktoś inny kończy studia, na które Ty nie miałaś już siły.
-Ktoś wrzuca zdjęcie z miejsca, o którym od dawna myślisz „kiedyś”.

Coś w środku się zaciska.
Pojawia się znajome uczucie, które bardzo nie lubi światła dziennego. Zazdrość. Czasem jej bardziej szorstka siostra – zawiść. A zaraz za nimi ktoś jeszcze: wstyd, że w ogóle to czujesz.

„Jestem złą przyjaciółką, że nie potrafię się ucieszyć”.
„Jestem małostkowa”.
„Przecież ja powinnam być ponad to”.

I zanim w ogóle sprawdzisz, o co naprawdę chodzi, zapada w środku wyrok: „coś jest ze mną nie tak”.

Kiedy przyglądam się zazdrości w gabinecie, widzę, że ona bardzo nie lubi być słuchana.
Albo się ją zagłusza („przesadzam, nie mam prawa tak czuć”),
albo natychmiast się ją ocenia („jestem okropna”).

A ja mam ochotę usiąść obok i zapytać inaczej:
jeśli na chwilę odłożymy etykietki „ładne/brzydkie emocje” – to o czym ta zazdrość próbuje ci opowiedzieć?

Bo ona prawie nigdy nie jest o drugim człowieku.
Prawie zawsze jest o tym, czego nam samym bardzo brakuje.

Czasem to proste:
widzę czyjś gabinet i boli mnie, że moje zawodowe życie nadal jest dokładaniem się do cudzych projektów.
Czasem mniej oczywiste:
ktoś opowiada o wsparciu rodziców, a we mnie włącza się stare „nikt nigdy tak na mnie nie patrzył”.
Albo o związkach – cudzych zdrowych granicach i rozmowach, które nie kończą się wojną – i nagle coś we mnie bardzo mocno czuje swoją własną samotność.

Zazdrość jest wtedy jak czerwone światełko przy frazie: „ja też tego chciałam / chciałem”.
Tyle że zaraz potem pojawia się druga: „ale chyba nie mogę / nie umiem / nie zasługuję”.

Zawiść dodaje do tego jeszcze jedną warstwę: „skoro ja tego nie mam, to niech on/ona też nie ma”.
To ten ułamek sekundy satysfakcji, kiedy komuś się powinie noga.
Ten cichy komentarz w głowie: „no, jednak nie jest taki idealny”.

Łatwo na tym oprzeć opowieść o sobie: „jestem podła, małostkowa, zawistna”.


Z perspektywy TSR ciekawsze bywa inne pytanie: w jakiej historii o sobie musiałaś/musiałeś żyć, żeby cudzy sukces tak boleśnie dotykał twojej własnej wartości?

Jeśli całe życie byłaś „tą drugą”, „tą, która ogarnia w tle”, „tą, która ma być dumna z innych”, jeśli w dzieciństwie nie było przestrzeni na twoje potrzeby i twoje sukcesy – to nic dziwnego, że każde „komuś wyszło” przypomina ci o własnym „nie wyszło”. Zawiść jest wtedy topornym, ale zrozumiałym sposobem, żeby na moment przestało aż tak boleć bycie „gorszą”.

Nie robi z nikogo świętej. Ale robi trochę więcej sensu z tego, co czujesz.

TSR nie chce Cię „wyleczyć” z zazdrości.
Nie robi z niej też duchowej lekcji do odrobienia.
Bardziej rozszczelnia prosty schemat:

„zazdroszczę = jestem zła”.

Interesuje mnie raczej, co dobrego mówi o tobie sam fakt, że to czujesz.

Może to, że wciąż masz w sobie pragnienie życia bliżej swoich rzeczy, a nie tylko cudzych oczekiwań.
Może to, że nie zgadzasz się już na bycie wiecznie w tle.
Może to, że jesteś wrażliwa na niesprawiedliwość – również tę, która dotyczy ciebie.

W rozmowie często pytam:
gdybyś przestała na chwilę oceniać siebie za to uczucie, o co dokładnie miałaby pretensję ta zazdrosna część ciebie? Do kogo? O co?

Bywa, że odpowiedzi są bolesne i bardzo proste:
„o to, że nikt mnie nie zachęcał, żebym spróbowała”,
„o to, że musiałam być od razu dorosła”,
„o to, że nie miałam prawa próbować i się potknąć”.

I dopiero gdzieś za tym zaczyna się miejsce na pytania o przyszłość.

Jeśli zazdrość traktować serio, a nie tylko jako „brzydką emocję”, zaczyna się ona robić czymś na kształt kompasu. Pokazuje kierunek, nie gotową drogę.

Ktoś, komu zazdrościsz swojej firmy czy odwagi zawodowej, zazwyczaj nie „przeskoczył” z twojego miejsca do swojego. Szło to po kawałku: kurs, rozmowa, mały projekt, pierwsza nieidealna próba. Ty widzisz końcowy obraz na Instagramie. TSR pyta: jaka byłaby twoja najpierwotniejsza, najmniejsza możliwa wersja tej drogi?

Nie: „rzucam wszystko, zakładam firmę, jadę w świat”.
Raczej: „co byłoby pierwszym bardzo małym ruchem w stronę tego, czego zazdroszczę – takim, który naprawdę jestem w stanie dziś zrobić?”.

Jedno szkolenie.
Napisanie jednego tekstu.
Wyjście z roli wiecznego „zaplecza” chociaż w jednej małej sprawie.

Zamiast „nie mam prawa zazdrościć”, można spróbować zdania:
„to uczucie pokazuje mi, że w jakiejś części życia bardzo już nie chcę być statystką”.

Nie chodzi mi o to, żebyś polubiła zazdrość.
To nie jest przyjemne uczucie.
Chodzi o to, żebyś przestała w samotności dokładać do niego wyrok.

Może w twojej historii naprawdę długo nie było miejsca na ciebie.
Może inni dostawali wsparcie tam, gdzie ty słyszałaś tylko „ogarnij się”.
Może miałaś dużo mniej prób, dużo mniej miękkiego lądowania, dużo więcej zakazów niż zachęt.

Jeśli w takim świecie dziś budzi się w tobie zazdrość – widzę w tym nie tylko „ciemną stronę charakteru”. Widzę też część, która uparcie mówi: „ja też chciałam”. I bardzo długo nikt tej części nie słuchał.

Jeśli chcesz, możesz zabrać z tego tekstu tylko jedno pytanie, bez natychmiastowych odpowiedzi:

gdybym przestała oceniać siebie za to, że zazdroszczę – czego tak naprawdę chciałabym dla siebie trochę więcej?

Możesz je mieć przy sobie jak kartkę w kieszeni.
Reszta nie musi wydarzyć się dziś.

Znajdź mnie